Danuta
Rinn |
|
* naprawdę nazywa
się Danuta Maria Smykla. Rinn to pseudonim artystyczny, wymyślony od nazwiska
pierwszego męża, który nazywał się Rynduch. W dowodzie ma wpisane nazwisko po
drugim mężu, Bogdanie Czyżewskim
* piosenkarka, pianistka urodzona w Krakowie
*
występowała w Teatrze Dziecięcym Polskiego Radia i w Babskim Kabarecie
jako Polska Baba. Wiele osób kojarzy ją z przebojem „Gdzie ci mężczyźni” |
|
AMERYKA
.... byłam już dorosłą osobą, kiedy zaczęłam tam jeździć.
To był 1968 rok. Choć w Polsce były warunki praktycznie nie do życia,
to nie był to moment, aby zastanawiać się czy zostać w Ameryce.
Tam byłabym nikim. Są jednak dwa miejsca, w których chciałabym żyć.
Nowy Jork – uwielbiam to miasto dosłownie za wszystko – za
atmosferę, za Broadway, za hałas, za ciszę, za bałagan, za bezpośredniość,
za obojętność i jednocześnie serdeczność, za tempo życia – słowem
za te wszystkie sprzeczności. Drugie miasto to San Francisco –
jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie.
BAWIĘ
SIĘ... najlepiej wśród swoich przyjaciół. Wtedy mogę być całkowicie
sobą i nikt mi nie ma za złe, że akurat śmieję się czy płaczę.
CZAS....
jest moim największym wrogiem i najlepszym przyjacielem. Niesie ze
sobą jednocześnie dramat i szczęście.
DZIECI....
nie mam. Nie obarczam jednak wina swoich mężów, tylko siebie. Wcześniej
wyobrażałam sobie, że będę matką, będę miała ciepły dom i
rodzinę. Stało się inaczej.
EMOCJE....
nadal kieruję się nimi w życiu. Nie są jednak już takie
kompletnie idiotyczne jak dawniej.
FITZGERALD
ELLA....
moja miłość do niej nie słabnie. W Polsce sypnęło ostatnio zdolną
młodzieżą. Bardzo lubię Anię Jopek czy Kayah, która jest artystką
wszechstronną. To świetna dziewczyna, a będzie jeszcze lepsza. Ze
śpiewających mężczyzn lubię Mietka Szcześniaka.
 |
|
Danuta Rinn - Międzyzdroje 2000 |
|
GÓRY...
nie, to nie dla mnie. Próbowałam przekonać się do gór od najmłodszych
lat. Jestem Krakowianką. Mimo, że ogromnie lubię Zakopane i górali,
to nigdy nie czułam się dobrze w górach. Kiedyś pracowałam w
Polskim Radiu. Na pierwsze wczasy zabrałam mamę do ośrodka
radiowego w górach. Już wtedy były kłopoty z wejściem na szczyt.
Jestem po prostu wygodnicka. Pamiętam jak maż mówił mi: „Ciebie
to trzeba odwieźć pod drzwi na 9 piętro i dopiero wtedy jesteś
szczęśliwa”.
HUMOR...
uwielbiam żartować. Dla dobrego dowcipu dam sobie rękę
uciąć. Kilka razy brałam udział w telewizyjnym „Maratonie Uśmiechu”.
JAMNIKI...
są wspaniałe. Moim najlepszym przyjacielem, przez długie
lata, była jamniczka Rutka. Czy będzie jeszcze kiedyś pies w moim
domu – nie wiem. Psy, odkąd pamiętam, były zawsze gdzieś obok.
Były to szpice, seter irlandzki czy pudel, o których się mówi, że
to głupie psy. Ja tego nie zauważyłam. Mój pudel charakterny był
strasznie i mądry niebywale. Zdarzały się dni, kiedy wracałam późno.
Byłam śmiertelnie zmęczona, często wypiłam ze znajomymi kilka
kieliszków alkoholu, więc marzyło mi się łóżeczko. Tymczasem
pies już od mojego wejścia był mocno obrażony. Patrzył mi z
wyrzutem w oczy. Ostatkiem sił wyprowadzałam go na dwór mówiąc:
„Błagam cię, tylko szybko, a ja ci to wszystko rano wynagrodzę”.
Faktycznie szybko załatwiał sprawę, a od ranka czekał przy moim łóżku.
Gdy tylko drgnęłam pies był przy mnie. Musiał znów wyjść z nim
na spacer. Szybko robił co trzeba, patrzył na mnie, odbiegał kilka
metrów, stawał dumnie jak lew i odwracał się jakby chciał
powiedzieć „Pa, pa kochana”. Nie było go wiele godzin. Hulał po
działkach przy ulicy Czerniakowskiej, gdzie wtedy mieszkałam. Kiedy
wyszalał się do końca, wracał jak spóźniony mąż. Gdy zbliżał
się do domu szedł coraz wolniej, rozglądał się na boki. Obserwowałam
go z balkonu. Gdy słyszał mój głos, zwalniał jeszcze bardziej.
Tak się kończyły jego zemsty.
KUCHNIA....
uwielbiam pitrasić w kuchni. Mój specjał to befsztyk a la Rinn.
Przepisu jednak nie podam. Znajduje się on w książce napisanej
przez Wojciecha Pszoniaka.
LATO...
uwielbiam morze. W Polsce nie mam jednak szans na spokojny wypoczynek.
Wakacje są wtedy stracone, zamęczone. Ciągle jestem zaczepiana, głaskana,
poklepywana. Zdarza się, że i za granica mnie dopadną. Lato staram
się spędzać w domu, w którym panuje przyjemny chłód. Lubię
jednak ciepło. Kiedy w mieszkaniu jest 20 stopni to już dogrzewam się
piecykiem. W Warszawie latem jest spokojnie, mało ludzi. Dopiero gdy
wszyscy wracają, to ja gdzieś jadę. Najchętniej do ukochanego
Kazimierza nad Wisłą.
MĘŻCZYŹNI...
powiedzenie, że z nimi źle a bez nich nie do wytrzymania, jest świętą
prawdą. Fantastycznie gdy znajdzie się druga połówkę, która
pasuje w każdy załamek. Jest to jednak rzadkością, a moim zawodzie
praktycznie niespotykane. Gdy byłam młoda wydawało mi się, że jeśli
druga strona będzie pracować w tym samym zawodzie to doskonale
dogadamy się. Życie i mój drugi mąż,
pokazali że jest wręcz odwrotnie. Dziś chciałbym mieć kogoś
takiego, kto miałby podobny stosunek do życia. Ważne jest aby
spodnie trzymał w swojej szafie. Nie mam zamiaru od razu być
gospodynią i prasować mu koszule. Z mężczyzna mogę iść do kina
czy do teatru, porozmawiać. Musze najzwyczajniej chcieć się
kolegować z partnerem.
NAŁOGI...
już ich nie mam (śmiech). Choć nie powiem, uwielbiałam towarzyskie
spotkania, na których chętnie piłam wódeczkę z lodem. Umiałam
fantastycznie bawić się i rozśmieszać całe towarzystwo. Nigdy nie
zażywałam narkotyków. Raz, dawno temu, przypaliłam trawkę. Krzyknęłam
wtedy: dajcie mi wódki, bo jestem okropnie smutna, a wy jesteście w
szampańskich humorach. Papierosy paliłam tylko przez moment, zaraz
po maturze. Musiałam wtedy zdecydować – alkohol czy papieroski.
Rzuciłam papierosy, a
potem alkohol rzucił mnie. W pewnym momencie przestał mi w ogóle
smakować. Gdybym miała więcej pieniędzy moim nałogiem byłoby
kupowanie butów. Jestem butową maniaczką. Co jakiś czas wynoszę
ich z domu całe walizki. Teraz mam coś koło 100 par.
OJCIEC
ŚWIĘTY...
jestem osoba wierzącą. Teraz może trochę zbuntowaną z prywatnych
względów. Po prostu dobrze dostałam w kość. Ojca Świętego poznałam
gdy był kardynałem w Krakowie. To było niebywałe przeżycie, bo
Jan Paweł II jest niezwykłą osobowością.
POLITYKA...
interesuje
się. Nie widzę jednak kandydata na prezydenta co bardzo mnie martwi.
REKLAMA...
opowiadanie,
że udział osoby publicznej w reklamie to jakieś świństwo czy chałtura,
jest czysta zazdrością. Dostaje się raz dużą sumę do ręki.
Jednak jeśli podzieli się ją przez liczbę emisji to wychodzą
grosze. Reklamowałam proszek do prania. Kupiłam nowe, większe
mieszkanie. Ale musiała sprzedać stare, bo pieniędzy by mi nie
wystarczyło. To był dobry zastrzyk finansowy. Ale nie reklamowałam
chały. Wcześniej sprawdziłam ten proszek. Dobry. Piorę w nim do
dziś. Po reklamie dzieci rozpoznawały mnie na ulicy i wołały: „
o ta pani co proszek sprzedaje”.
SKLEP
DLA PUSZYSTYCH...
marzyłam kiedyś o otwarciu takiego sklepu. Chodziłam, prosiłam, błagałam,
płakałam i nic. Sama nie miała dość pieniędzy, a sponsorzy
stwierdzili, że nie jest to opłacalny interes.
TINA
TURNER... to
fantastyczna babka. Podziwiam ją i troszkę zazdroszczę jej siły,
temperamentu i... wspaniałych nóg.
UBRANIA...
dobrze czuje się kolorowa. Doszłam do wniosku, że nie będę smutna
grubaską. Nie zapędziłam się w kozi róg ze swoja tuszą. Lubię
jeść i pogodziłam się z konsekwencjami. Ze swojej nadwagi zrobiłam
atut. Potrafię śmiać się sama z siebie.
WARSZAWA...
lubię przejść się do kawiarni Bliklego. Kupuje malinową herbatkę.
Siadam przy oknie, lub jeśli jest ładna pogoda, na zewnątrz i patrzę
na ludzi. Czasem zajrzę do Łazienek.
ZAPACH...
jestem kobieta zapachową. Uwielbiam dobre perfumy. Od trzech lat
wierna jestem zapachowi „Angel”. Wcześniej był Givenchy. Mam to
szczęście, że dobre perfumy dostaje najczęściej w prezencie.
|