| Kilkanaście dni przed świętami Bożego Narodzenia udało nam się namówić Hankę Bielicką na rozmowę na temat świąt, sylwestra i osób jej najbliższych. Spotkanie odbyło się w stylowo urządzonym mieszkaniu Pani Hanki, w centrum Warszawy. Drzwi otworzyła pokojówka, której towarzyszyły dwa dobrze odżywione koty. Z daleka dobiegł mnie głos...
- Właśnie odebrałam od krawca kreację na sylwestra. Chce pani zobaczyć? Spódnica i żakiecik są bardzo ładne. Tylko całość zlewa się z piórami, które miały być szafirowe, a nie granatowe.
- Trzeba będzie oddać do poprawki.
- Chyba tak. Tak a propos sylwestra, to mam kilka karnawałowych uwag dla pań. Gdy stoisz przed lustrem i robisz makijaż, czeszesz się, ubierasz, to patrz w lustro nie jak przyjaciel, ale jak wróg. Wtedy można zauważyć wszystkie niedociągnięcia. Nie można mówić: - Och, jak ja pięknie wyglądam, bo okaże się, że tu coś wystaje, a policzek pomalowany nie tak jak powinien być. Druga uwaga dotyczy ubrania. Gdy ma się tęgawe nóżki, nie wolno nosić ciężkich i masywnych butów z dużymi ozdobami - zwłaszcza do delikatnych sukienek wieczorowych. Najlepiej, żeby buciki były prawie niewidoczne. Ostatnio spotkałam na recitalu Kasię Skrzynecką. Założyła do pięknej sukienki masywne buty. Naprawdę nie wyglądało to dobrze.
- Jak spędzi Pani tegorocznego sylwestra?
- Jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, żebym poszła na taki typowy bal z przyjaciółmi, usiadła i jadła. Całe życie najpierw występuję, a dopiero potem dojeżdżam na zabawę. W tym roku będzie podobnie. Noc sylwestrową prawdopodobnie spędzę w Teatrze Sabat u Małgosi Potockiej. Dostałam zresztą, jak zawsze, zaproszenie na bal od warszawskich policjantów, z którymi jestem bardzo zaprzyjaźniona. Jednak musiałam odmówić, ponieważ mam dwa programy sylwestrowe do drugiej w nocy, a ich lokal jest daleko. Na pewno jednak zadzwonię i złożę życzenia.
- Za czasów młodości także bawiła się Pani na scenie?
- Moja cała młodość upłynęła, niestety, podczas wojny. Pamiętam jednak bale z czasów szkoły teatralnej. Bawiliśmy się zawsze wspólnie z ASP i Konserwatorium. Przyznam się jednak, że ja zawsze miałam żyłkę organizacyjną i zamiast tańczyć, siedziałam w bufecie czy robiłam drinki. Trzeba dodać, że przed wojną nie było drinków alkoholowych, tylko lemoniada, herbata lub kawa. Na wielkich balach wtedy nie bywałam, bo byłam biedną studentką. Ojciec musiał płacić i za internat, i za naukę.
- Czego życzyłaby sobie Pani w 2002 roku?
- Przede wszystkim, żeby było mniej kłótni politycznych. Wydaje mi się, że od mówienia do praktyki politykom jest daleko. Gdzieś w głębi mam przeczucie - oby się nie sprawdziło - że wybuchnie jakaś duża wojna. Ludzie zrobili się bardziej agresywni i morderczy. Kiedyś na odpuście tylko się bili, a teraz się zabijają. Świat stanął na głowie. Młodzież używa wielu narkotyków. Często jest tak, że kupując "działkę" nie wiedzą, co im się naprawdę sprzedaje.
- Nie toleruje Pani narkotyków?
- Odrzucam wszystkie. Ja sama jestem osobą, która nigdy nie paliła, mało piję. Owszem - czasem mały koniaczek na ciśnienie - ale nigdy więcej. Mam to chyba po ojcu, który miał bardzo słabą głowę - wypił dosłownie jeden kieliszek i długo go pamiętał następnego dnia. Mama za to lubiła wypić w towarzystwie 3-4 kieliszki. Robiła zresztą doskonałe nalewki.
- A święta spędzi Pani w domu?
- Wigilię tak, razem z gosposią. Jednak pierwszego dnia świąt będę u Lucynki - mojej córki chrzestnej, a drugi spędzę u bratanicy Basi. Sama Wigilia zawsze była u mnie, zwłaszcza za życia mamy, która po powrocie z Kazachstanu mieszkała ze mną 25 lat. Wszyscy znajomi przychodzili do nas, zwłaszcza że od 1952 roku przed świętami zawsze wyjeżdżałam do Ameryki i przywoziłam różne materiały i bluzki. To wszystko się oglądało i przymierzało. Żyłam jednak zawsze pracą, a dawniej w święta także się grało. Moja bratanica sama mi zresztą powiedziała, że tak koło godziny drugiej było widać, że ciocia już odpływa, myśli o teatrze. Moja mama mówiła: "Usiądź na chwilę spokojnie, przy stole". Ja się pytałam, po co? Ona na to: "Bo tylko wchodzisz i wychodzisz i tylko cię profilem widzę. Nie wiem jak ty wyglądasz?"
- Do świąt niedaleko, a choinki nie widzę.
- Bo dopiero jutro będzie się rozpakowywać. Mam sztuczne drzewko. Choinkę traktuję raczej jako symbol.
- Co mogłoby się znaleźć pod choinką?
- Nie zastanawiałam się. Może dobre perfumy, ładne klipsy czy broszka do kostiumu. To się zawsze przyda starszej pani.
- Czego nie powinno zabraknąć na świątecznym stole?
- Koniecznie musi być śledź w śmietanie i karp w galarecie, a później kluski z makiem. Wszystkie te rzeczy po prostu uwielbiam.
- Próbowała Pani przyrządzić któryś z tych smakołyków sama?
- Nigdy nie gotuję. Uważam, że w moim przypadku to niepotrzebna strata czasu. Jednak znam się na kuchni. Pamiętam, że gdy się skończyła wojna, mój mąż - Jurek Duszyński - powiedział, że cieszy się nie tylko dlatego, że to koniec wojny, ale także dlatego, że nie będzie musiał jeść tego, co ja ugotowałam. Zresztą niby co miałam gotować, skoro była tylko kasza... i w kółko to samo. Doskonałą kucharką była moja mamusia. Dochodziło nawet do tego, że moje przyjaciółki przychodziły niby do mnie, a tak naprawdę - na konfiturki czy grzybki mamusi.
- Poza mamą gotowały też gosposie.
- Tak. Gosposie zawsze były w moim domu. Pierwsza przyjechała z Łomży. Na afiszu teatralnym w Warszawie przeczytała moje nazwisko i przyszła do mnie mówiąc: "Ja jestem Rózia, co była u Pani mamusi". Chociaż było ciasno, dostawiliśmy łóżko i została. Była u nas do śmierci. Drugą polecił mi mój masażysta. Miała wtedy 60 lat. Buzię miała taką serdeczną i miłą. I teraz jest trzecia. Gosposie zawsze były moimi przyjaciółkami.
- Porozmawiajmy trochę o Pani dzieciństwie. Podobno nie mówiła Pani do trzeciego roku życia?
- Rodzice bali się, że będę niemową. Jednak gdy miałam trzy lata, przyjechała z wizytą ciotka z synem Edkiem. Ja podobno zawołałam nagle "Edziuś". Od tego się zaczęło i skończyć do dnia dzisiejszego nie mogę. Jak zaczęłam wtedy gadać i nauczyłam się jakiejś nowej piosenki czy wierszyka, to biegałam po sąsiadkach i mówiłam, mówiłam... Mamusia potem chodziła i wszystkich przepraszała. Tak na gadaniu przeszło mi całe życie.
- A egzamin do szkoły teatralnej naprawdę zdawała Pani pod stołem?
- Do dziś śmieję się z tego. To było tak, że mój egzaminator - Zelwerowicz - zadawał mi różne pytania. Sądził, że gdy jestem na drugim roku romanistyki, to dużo umiem. Padało pytanie za pytaniem, a ja nic. Chcąc mnie ratować, spytał mnie o starych aktorów. To ja odpowiedziałam: "Frenkiel, Ćwiklińska, Zelwerowicz". Wtedy się zorientował, że nie wiem kim on jest. Podstępnie zapytał: A jak ten Zelwerowicz wygląda?" Ja na to: "No taki stary, gruby". On poczerwieniał: "Dziękuję Pani bardzo, bo to ja". Okazałam się pierwszorzędną ignorantką. Ze wstydu schowałam się pod stół. Mimo to udało mi się - z poprawką - zdać.
- Ile sztuk liczy teraz Pani kolekcja kapeluszy?
- Zajmują cały pawlacz. Jest ich grubo ponad 30. Jestem z rodziny kapeluszowej. Moja matka i ciotka miały piękne włosy, które są niezbędne do noszenia kapeluszy. Trzeba je zawsze ładnie upiąć, wtedy dopiero kapelusz ładnie leży. Jednak kapeluszy mi ubywa. Co aukcja - zabierają mi kilka sztuk.
- Na pierwszym miejscu jest praca, a na drugim...
- ... może miłość? Z poważnymi romansami nigdy mi nie wychodziło, ale dobra była ze mnie flirciara. Taka co do drzwi udaje wielką miłość, a potem buzi, buzi i zatrzaskuje drzwi przed nosem. Już sama moja praca łączy się z flirtem, dbaniem o siebie. Teraz tak sobie myślę, że rozeszłam się z Duszyńskim dla jego dobra. Jak poszłam w cug, to dla nikogo nie miałam czasu.
- Na co traci Pani najwięcej pieniędzy?
- Zdecydowanie na ciuchy i zwierzęta. Uwielbiam też rozdawać pieniądze. Co miesiąc podsyłam je do różnych schronisk i do moich sierotek z Domu Dziecka w Łomży. To niechciane dzieci. Każdemu staram się dać chociaż kilkadziesiąt złotych. Jam wiem, że to mu najwyżej na colę starczy. Jednak im nie chodzi o to, żeby było dużo. Ważne dla tych dzieciaków jest to, że ktoś o nich pamięta. Gdybym teraz wszystko straciła, to zostałaby sama emerytura i chyba pod kościół trzeba by było iść.
- Dobra aktorka to...
- ...przede wszystkim osoba pracowita i zdyscyplinowana. Talent jest na drugim miejscu.
-Dziękuję, że znalazła Pani - przed świętami - chwilę czasu na rozmowę.
|