Strona główna serwisu  
Czwartek 09-09-2010

Aldony, Jakuba

VIPnews.pl Polski Portal Informacyjny

Sejm, spódnica
i mikrofon


Parlamentarzyści są ostrożni w okazywaniu swoich atencji kobietom ze środowiska mediów. Jak polityk nie chce czegoś powiedzieć, to choćby do Sejmu przyszła sama Cindy Crawford, niczego by się nie dowiedziała - zgodnie twierdzą dziennikarki polityczne.

Na pierwszy rzut oka wydawać by się to mogło co najmniej dziwne. Zwłaszcza, że w dzisiejszych czasach kult piękna wyraźnie góruje nad innymi wartościami. Piękno rozprzestrzenia się jak dżuma. W kraju mamy epidemię piękna. Jedynym nie zadżumionym obszarem pozostaje, jak się okazuje, Sejm. Bynajmniej nie ma to nic wspólnego z wizerunkiem medialnym naszych polityków czy też mało urodziwymi dziennikarkami politycznymi. Wręcz przeciwnie. Wizerunek polskich parlamentarzystów z roku na rok jest coraz lepszy, a i paniom niczego nie brakuje.

- Politycy nabrali już obycia z kamerą. Zwracają uwagę na to, czy się nie błyszczą, czy są dobrze uczesani i czy mają dobry krawat. Są jednak i tacy, zapatrzeni w siebie, którym trudno coś wpoić. Absolutnie nie dzielą nas na mężczyzn i kobiety. Traktują nas na równi. W tym zawodzie, nie płeć, a umiejętność prowadzenia rozmowy decyduje o dostępie do informacji. Spędzając jednak po kilka godzin dziennie wśród kilkuset, facetów w garniturach trzeba zadbać o siebie i swój wygląd - mówi Agnieszka Milczarz (Radio PLUS ).

Pierwsza liga polityków i pierwsza liga kobiet, która zajmuje się parlamentem zna się doskonale. Sytuacja, że ktoś zachłysnął się urodą kobiety-dziennikarki, która przyszła do Sejmu, nie robi na posłach i senatorach najmniejszego wrażenia. Owszem zdarzają się sympatyczne komplementy ze strony polityków, typu: "O, jak pani redaktor dzisiaj ładnie wygląda" czy "Co by Pani redaktor chciała wiedzieć", ale są one wypowiadane bardziej w kwestii uprzejmości, żartów niż w kontekście rozmów o polityce.

Historia "Erotycznych Immunitetów" Anastazji P. sprzed lat nie mogłaby się zatem powtórzyć. - W takim wydaniu na pewno nie. Politycy są dzisiaj ostrożniejsi, choć jeszcze nie na tyle ostrożni, by w przyszłości podobnych sytuacji uniknąć. Kiedy "Oni" wszyscy umrą, a ja ich przeżyję, sama napiszę interesującą książkę – żartuje Maria Bnińska, była reporterka radiowa (12 lat zajmowała się tematyką polityczną). Fenomen Anastazji P., korespondentki "Le Figaro", za którą się wówczas podawała, polegał na tym, że była pierwsza, ale ostatnia. Niektórzy politycy stracili dla niej głowę, czego konsekwencją był seks skandal w polskim parlamencie. Afera z "Erotycznymi Immunitetami" nauczyła polityków, że teren Sejmu, nie jest terenem zupełnie zamkniętym i różni ludzie z zewnątrz mają doń wstęp. Przede wszystkim pokazała jednak, że blondynka niekoniecznie musi być głupiutka.

Dziś na piękne oczy w polityce i z politykami nic się nie załatwi. Na nic zda się podręczne lusterko, szminka i puderniczka w kieszeni, bez solidnej wiedzy, tupetu, a nawet pewnej bezczelności. Na poprawianie urody w sejmowych kuluarach po prostu szkoda czasu. Pierwsze wrażenie jest istotne, ale dużo ważniejsze jest sprawne poruszanie się po mechanizmach rządzących polityką. To przede wszystkim przykuwa uwagę polityków, gwarantuje sukces i uznanie w oczach kolegów. Ale początki bywają trudne. - Jeśli jesteś w Sejmie drugą ligą, to za wszelką cenę chcesz wskoczyć do pierwszej. To przychodzi z czasem. Trzeba się czymś wykazać, np. dobrze zadanym pierwszym, drugim czy trzecim pytaniem i dobrą odpowiedzią polityka, którą wszyscy cytują. Wtedy pierwsza liga zaczyna z tobą rozmawiać i nabierać do ciebie szacunku. Tacy jak ja, którzy siedzą w Sejmie od kilku lat drepczą własnymi ścieżkami, ale widzimy tych młodych dziennikarzy, którzy podążają naszym tropem. W ten sposób się uczą. Kiedy, któryś polityk im coś powie, a oni myślą, że tylko oni o tym wiedzą, adrenalina skacze im na tyle wysoko, że chcą wejść w temat głębiej - wyjaśnia Agnieszka Milczarz.

Nieśmiałe kobiety nie mają czego szukać w polityce. Zanudzą się na śmierć po tygodniu spędzonym w Sejmie albo zostaną wyeliminowane poprzez naturalną selekcję charakterystyczną dla osobników tego samego gatunku. W Sejmie nie ma czasu na stanie z boku i obserwowanie życia politycznego. Trzeba rozmawiać z politykami, pukać do drzwi ich gabinetów. Często po kilka godzin czekać na dworze, w zimnie, na krótki komentarz. Nie wystarczy też być w centrum wydarzeń. Trzeba wyprzedzać kroki polityków, aby ustrzelić newsa. Dziennikarki polityczne uwielbiają tą ciągłą niepewność, co dalej? Wiedzą, że jeśli przez dwa dni jest cisza, to trzeciego dnia musi wybuchnąć jakąś bomba. Wtedy są w swoim żywiole. "Pierwsze koty za płoty" może powiedzieć dziennikarka, którą wprowadziła do Sejmu doświadczona koleżanka. Na tym jednak pomoc się kończy. Konkurencja nigdy nie śpi, a zdobywanie informacji w tej profesji, to walka o być albo nie być.

- W pracy musisz być krwiożerczą piranią. W przeciwnym razie zjedzą cię na śniadanie. Można wymienić informacje typu kto, co, kiedy się wydarzy, jak namierzyć polityka, ale pewnych informacji nie można sprzedać ze względu na zbyt dużą konkurencję - powtarzają się głosy w sejmowych kuluarach.

Dla jednych polityka była wyzwaniem, inne miały do niej słabość, a jeszcze inne były po prostu jej ciekawe. Jedno jest pewne, można policzyć je na palcach dwóch rąk. W pewnym sensie stanowią elitę na polskim dworze politycznym. Ich obcowanie z polityką nałożyło się na najbardziej przełomowe chwile w Polsce. Rzadko się do tego przyznają, ale niejednokrotnie, to chęć uczestniczenia w tworzeniu historii, zwabiła je do Sejmu. Wszystkie, jak dziś, pamiętają swój pierwszy dzień w Sejmie. Nic dziwnego, bo wszystkie się zgubiły.

- Kompletnie nie mogłam się tu odnaleźć. Ten gmach wydawał mi się ogromny i nie do ogarnięcia. Nie mogłam nigdzie trafić. Przerażała mnie, ta niekończąca się nić wijących się korytarzy – zdradza Katarzyna Kolenda-Zaleska (TVP).

- Sejm to labirynt, tak jak polityka. Pamiętam, że byłam umówiona na rozmowę w Nowym Domu Poselskim. Doszłam do okrągłego stołu, a potem przez 40 minut, na oślep, poznawałam topografię Sejmu - wspomina Beata Mikluszka (TV POLSAT).

Nie ma żadnej publikacji, będącej przewodnikiem po sejmowych korytarzach, przejściach podziemnych, schodach i salach. Przez lata dziennikarze uczą się topografii na własną rękę. Gubią się nie tylko dziennikarze ale również nowo wybrani posłowie. - W październiku 1997 roku, kompletnie zagubionego, Jerzego Buzka doprowadzałam osobiście na miejsce spotkania. Zupełnie nie umiał dać sobie rady - zdradza Maria Bnińska.

Dzisiaj panie znają najgłębsze zakamarki tego budynku. Wiedzą, którędy pójść żeby było najszybciej. Wytrawne znawczynie tematu, sprytnie potrafią oderwać się od stada dziennikarzy i w pojedynkę wyruszyć po cenne informacje. Bez koneksji, same, przecierają polityczne szlaki. Często będąc na tropie poważnej afery otrzymują telefony, sugestie: "Po, co ty się tym zajmujesz", "To nie jest interesujący temat". Nigdy nie przyjmują takich sugestii. Zbyt cenią swoją niezależność. Takie głosy tylko wzmagają ich apetyt, a kobieca intuicja rzadko je zawodzi. Często stojąc w obronie żelaznej zasady "Po pierwsze: chronić informatora", narażają się na groźbę procesu. Zawsze istnieje bowiem ryzyko, że wydarzy się coś niewłaściwego, porwanie, szantaż. Albo, że ktoś odkryje intrygę i zostanie wciągnięty w polityczną grę. Dlatego, zadaniem Beaty Mikluszki, aby ponieść takie ryzyko trzeba być trochę wariatem.

Dreszcz emocji i ryzyko z góry wpisane jest w uprawianie dziennikarki politycznej. Pojawia się ono, gdy dziennikarz zadaje niewygodne pytania, burzy interes polityka i podważa jego wiarygodność. Jeśli jest to polityk wpływowy taki dziennikarz może mieć kłopoty. - Bez poważnych afer w polityce nie ma poważnej dziennikarki politycznej. Bezkompromisowość, owszem. Letnia temperatura niepotrzebna - wyjaśnia Barbara Biegajska, autorka licznych publikacji o polityce i politykach.

Poza nielicznymi wyjątkami, kobietom trudno jest się wycofać z uprawiania dziennikarki politycznej. Polityka, ich zdaniem, jest jak mafia - intryguje, pociąga, a kiedy się jej raz posmakuje, nie sposób z niej zrezygnować. - To narkotyk. Żaden odwyk nie pomaga - twierdzi Katarzyna Kolenda-Zaleska.

Nigdy nie zostawiają polityki za drzwiami Sejmu. Przyznają, że nieraz zdarzyło im się jadąc autobusem, bezwolnie włączyć w dyskusję polityczną innych pasażerów. Kiedy ktoś obok nich rozmawia o polityce, automatycznie to wyłapują. Przysłuchują się, a po chwili, same nie wiedząc kiedy, włączają się w dyskusję. To silniejsze od nich. Również, kiedy spotykają się z przyjaciółmi, wiedzą, że prędzej czy później ich rozmowa zejdzie na polityczne tory. Wystarczy jeden telefon z redakcji, aby rzuciły domowe pielesze i wróciły na posterunek. Bez chwili wytchnienia zdobywają informacje, konsultują je i wypośrodkowują, a wszystko po to, aby nie tworzyć faktów, które nie miały miejsca. Ich wizytówką jest świetny tekst, bardzo dobra audycja radiowa i porywająca audycja telewizyjna. Dobre pytanie, które uda się zadać i które wszyscy będą cytować. Są warte tyle, ile waży ich wiedza, ale nie można ich kupić. Wyczuwają, kiedy politycy chcą je zwieść, zauroczyć czy oszukać. Nie sprzedają swoich informatorów, nie wykorzystują informacji dla własnych celów i starają się nie przyjmować prezentów. Kiedy już się tak zdarzy dzielą się nimi z koleżankami.

- Dziennikarka telewizyjna może mieć tylko taki profit z zajmowania się polityką, że pani w warzywniaku wybierze jej ładniejsze pomidory. Innych korzyści nie znam i nie znam dziennikarzy politycznych, którzy mieliby z tego tytułu jakieś profity - mówi Katarzyna Kolenda-Zaleska.

Najtrudniejsze jest zyskanie zaufania polityków, na co pracują całymi latami. O zawieraniu przyjaźni z politykami nawet nie myślą. To, ich zdaniem, rodzi związek, który nie jest bezstronny. Ta nić powoduje ograniczenia, które nasuwają pytanie czy to nadal dziennikarka polityczna czy może już "swoja" osoba w mediach. Zdarzają się spektakularne porwania do restauracji sejmowej, ale ich cel jest tylko jeden - zdobycie informacji. - W przyjaźni jest tak, że trzeba nie tylko brać, ale i dawać. A ja chcę tylko brać, więc nie ma o czym mówić - wyjaśnia Katarzyna Kolenda-Zaleska.

Dla własnego zdrowia psychicznego nie wnikają nawet w życie prywatne polityków. Nie interesuje je czy polityk woli pomidorową czy rosół. W ciągu roku nie ma czasu na takie sprawy. Zbyt wiele się dzieje w polityce. Jedynym momentem w roku, który sprzyja takim rozmowom są święta. Wtedy politycy chętnie opowiadają, gdzie spędzą ten czas, w czyim gronie, jaka jest u nich rodzinna tradycja. Wtedy wszyscy składają sobie życzenia i wysyłają popularne ostatnio świąteczne sms-y. Prywatnych przyjęć raczej unikają, choć zaproszenia ze strony polityków, np. na imieniny sypią się gęsto. Jeśli już dojdzie to takiego spotkania, najczęściej rozmawia się wtedy o polityce i...namiętnie żartuje. Marek Borowski, Piotr Żak, Andrzej Potocki, Donald Tusk, Stefan Niesiołowski, to politycy, którzy nie boją się żartować, także na swój temat. I nie boją się zderzenia krążących o nich plotek z rzeczywistością. Poczucie humoru przydaje się również dziennikarkom. Celnie rzucony dowcip podczas rozmowy, to doskonały środek na rozluźnienie nie tylko atmosfery, ale i samego polityka. Zabawnie bywa też w sejmowych kuluarach. Nawet jeśli czas upływa głównie w oczekiwaniu na ważne decyzje państwowe. Przeciągające się w nieskończoność obrady pobudzają nie tylko apetyt, ale przede wszystkim wyobraźnię dziennikarek, skłaniając je do niekonwencjonalnego zachowania, nazywanego potocznie "głupawką".

- W takich chwilach zamawia się na przykład pizzę na nazwisko marszałka Sejmu. Oczywiście płacimy my, ale mamy niezłą zabawę. Pizza przychodzi zazwyczaj dużo szybciej, niż gdybyśmy zamówili ją na którekolwiek nieznane nazwisko - zdradza Beata Mikluszka.

A na deser? Trochę ruchu, czyli mecz siatkówki "plażowej" w sali Obrazowej Kancelarii Premiera, przy użyciu...gąbek do mikrofonów. Toczące się negocjacje dwóch ugrupowań politycznych również mogą być dla dziennikarzy doskonałym sprawdzianem interesującego zabijania czasu. Po kilku godzinach plotkowania przy okrągłym stole, czyli bycia na tzw. giełdzie dziennikarskiej, popijania kolejnej kawy, grania w brydża czy czytania prasy i książek nie pozostaje nic innego, jak zadzwonić do restauracji sejmowej i głosem znanego polityka zamówić pyszne napoleonki. - Widok pospiesznie wchodzących na salę obrad kelnerów z tacami pełnymi smakołyków rozbawił nas do łez. Mam nadzieję, że im smakowało - opowiada Katarzyna Kolenda-Zaleska.

Polityce można zatem wiele zarzucić, ale na pewno nie to, że jest nudna. Mimo to żadna z dziennikarek nie chciałaby zamienić się z politykami na miejsca. - Politycy wybierają język w zależności od elektoratu, z którym prowadzą rozmowy. Kiedy mówią nauczycielom, że dostaną pieniądze, wiadomo, że zabraknie ich dla pielęgniarek. A pielęgniarkom też obiecują podwyżkę. I kółko się zamyka. Kłamstwo jest dla mnie sprzeczne z dziennikarstwem. To jest to, co uniemożliwia mi bycie politykiem - wyjaśnia Maria Bnińska.

Beata Banasiewicz





 

  Pistacja
Małe owocki, niezwykle popularne w całej Azji, wspomniane w "Biblii" oraz pismach perskich i arabskich. Kobiety w Haremach z determinacją objadały się ciasteczkami pistacjowymi w syropie, żeby zachować swe okrągłe kształty i swe dołeczki, które w owych czasach uchodziły za wdzięczne, a dziś, niestety, oznaczają warstewki najczystszego tłuszczu i cellulitis.
 
     





 O nas          Prawa Autorskie         Reklama w Vipnews.pl         Powiadom nas o wydarzeniu       Oferta promocji dla firm

(c) 2000-2003 by Vipnews.pl Sp. z o.o.