Strona główna serwisu  
Czwartek 09-09-2010

Aldony, Jakuba



Wywoływał wizje dla Jerzego Hoffmana i Andrzeja Miłosza, brata laureata literackiej nagrody Nobla. Pomógł odnaleźć skradzionego mercedesa ś.p. Andrzejowi K., - "Pershingowi". Udzielał wskazówek, jak walczyć, swemu przyjacielowi Andrzejowi Gołocie. Przewidział śmierć gen. Papały. Współpracuje z policją i, jak plotkują jego sąsiedzi, z UOP-em. Podobno także polscy politycy korzystali z jego porad. Wtajemniczeni wymieniają prezydenta Lecha Wałęsę i premiera Waldemara Pawlaka. 

Do Krzysztofa Jackowskiego, jasnowidza mieszkającego w małym mieście Człuchów, przyjeżdżają osoby z całej Polski. Telefon dzwoni bez przerwy. - Czasami go wyłączam, by móc zjeść spokojnie obiad. 
Odnalazł wiele zaginionych osób oraz skradzionych samochodów. Na potwierdzenie pokazuje wiele listów oraz podziękowań z komisariatów z całego kraju. Objętość materiałów ze spraw przez niego prowadzonych to 12 grubych segregatorów. - Nie jestem hochsztaplerem. Jeżeli ktoś tak stwierdzi, niech to udowodni przed sądem. W urzędzie skarbowym figuruję jako jasnowidz. Jak wszyscy płacę podatki.
Słynny wizjoner nie jeździ Mercedesem i nie mieszka w willi. Pobiera za swe usługi "co łaska". Dobry klient zostawi 50 złotych - biedniejszym pomaga za darmo. Mieszka w bloku. Mała kuchnia i dwa pokoiki - z czego jeden wykorzystywany jest jako biuro w dzień, a w nocy zamienia się w sypialnię. W pokoju fax z automatyczną sekretarką - przydatny do przesyłania rysunków, telefon bezprzewodowy - podarowany przez Policję oraz duży telewizor panoramiczny. W drugim pokoju stoi komputer. - Bardzo przydatne narzędzie w pracy jasnowidza - uśmiecha się Jackowski. 
Pan Krzysztof niechętnie spotyka się z dziennikarzami. Jego nazwisko pojawia się często w notatkach prasowych. - Nie nęci mnie sława, aczkolwiek na początku przyjemne było zobaczyć swoje nazwisko w prasie.

Pochodzi z ubogiej, robotniczej rodziny. Jego dzieciństwo nie sprzyjało rozwojowi intelektualnemu. W szkole należał do przeciętnych uczniów. Lubił czytać o astronomii i astrologii. - Niektóre książki były dla mnie bardzo trudne. Byłem zbyt słaby z fizyki i matematyki - mówi Jackowski. Nastoletni Krzysztof nie wiedział o swoich zdolnościach. Skończył zawodówkę, rozpoczął pracę tokarza. W wieku 21 lat ożenił się. Zarabiał niewiele. Od rana do wieczora praca. - Szare życie szarego człowieka. Sytuacja powoli załamywała go. Zaczął się zastanawiać nad sensem życia, duszą, tym co dzieje się po śmierci. 
- Pierwsze wizje miałem w wieku 23 lat. Gdyby ktoś mnie wtedy spytał o parapsychologię, nie potrafiłbym nic powiedzieć. Nawet nie zetknąłem się z tym pojęciem. Na początku były to wizje samoistne. Przeczuwałem zdarzenia, które później się sprawdzały. Przykładowo leżę sobie na łóżku i widzę coś, jakby komin. Naraz odrywa się od niego jakiś cień i leci w dół. Następnego dnia, wracając z pracy, dowiedziałem się, że z komina elektrociepłowni spadł robotnik i zginął na miejscu. Byłem tym zszokowany. Czułem, że to nie jest przypadek. Podobne przeczucia zaczęły się nasilać. Wiedział, że inspektor BHP - pracujący w tym samym zakładzie - interesuje się takimi zjawiskami. Zagadnął go mówiąc, że ma wizje, których nie rozumie, nie potrafi wytłumaczyć. Behapowiec dał jasnowidzowi fotografię kogoś ze swojej rodziny. Pan Krzysztof usiadł w fotelu, spojrzał na zdjęcie i zacząć opowiadać. Podane fakty zgadzały się w 80 procentach. Inspektor wręczył mu książkę "Życie po życiu". Zaprosił na kolejne spotkanie i obiecał nowe lektury. - To był początek mojej przygody. Wiele zawdzięczam temu człowiekowi - wspomina wizjoner. 
Młody Jackowski wstydził się mówić otwarcie o swoim darze. - Przez dwa lata tylko najbliższa rodzina i przyjaciele wiedzieli, co się ze mną dzieje. Pomagałem znajomym odnaleźć jakieś drobiazgi: klucze, dokumenty. Zawsze trafiałem. 
Jednak, jak to w małych miasteczkach bywa, podobne sensacje szybko przestają być tajemnicą. Wiadomość dotarła do komisariatu. Początek współpracy z organami ścigania Jackowski pamięta doskonale, chociaż minęło 10 lat. - Henryk Barteczko - ówczesny komendant człuchowskiej policji - wysłał po mnie radiowóz. Zwolniłem się z pracy i w roboczym ubraniu pojawiłem na komendzie. Szukali dwóch chłopców, którzy pływali kajakiem po jeziorze Łętowskim. Poprosiłem o jakieś rzeczy tych dzieciaków. Wieczorem otrzymałem ich swetry i kurtki. Wykonałem wizję. Zajęło to jakieś 15 minut. Zobaczyłem szopę przy jeziorze i głęboki rów, a w nim ruchome dno. Tam miały znajdować się zwłoki. 
Wizja okazała się prawdziwa. Płetwonurkowie, podczas wcześniejszych poszukiwań, ominęli wskazane miejsce. Do chwili obecnej Jackowski pomógł policji w ponad 200 sprawach. Szukał zaginionych, ustalał przebieg przestępstwa i wreszcie razem z policjantami tropił sprawców. Jego odczucia sprawdzają się w ponad 70 proc.

Zdarza się nie trafić. Policja w sąsiednich Chojnicach nie ma dobrego zdania o Jackowskim. - Rodzina zaginionego, młodego chłopaka zgłosiła się do, jak my go nazywamy, Jasnego Widza - opowiada z uśmiechem oficer dochodzeniowo - śledczy. - Jackowski stwierdził, że chłopak nie żyje. Dał matce zaginionego odręcznie narysowaną mapkę z zaznaczonym miejscem, gdzie znajdują się zwłoki. Przez tydzień wszyscy policjanci uganiali się ze wspomnianą mapą po okolicznych lasach. Upłynął kolejny tydzień. Chłopak wszedł do domu i ze spokojem oznajmił rodzicom, że pracy to on w Warszawie nie znalazł. Matka mało zawału nie dostała. Policja z Chojnic odnotowała wiele przypadków błędnych wizji. 
Co na temat pomyłek mówi wizjoner: - O policjancie, który kończy 70 procent spraw sukcesem mówi się, że jest dobry w swoim fachu. Nikt nie jest nieomylny. Gdyby był, nazwałbym go bogiem. 
Nie przekonuje to policjantów, którzy początkowo skrupulatnie przeszukiwali wskazane miejsca. - Zdarza się, że w jednej sprawie ma pięć wizji. Za każdym razem ciało znajduje się gdzie indziej. Nie wiem jakim cudem. Chyba robaki je przenoszą. Na mapkach, które przekazuje, już w nagłówku często pisze: "zaznaczam, że dziś jestem zmęczony i mogę się mylić". Jeżeli nie jest pewny, to lepiej niech ludzi nie straszy.

Jackowski ze zdobytego doświadczenia wie, że błędne wizje zdarzają się głównie wtedy, gdy osoba zaginiona chce, by bliscy myśleli, że nie żyje. Osoba psychicznie chora lub o słabym charakterze nie jest dobrym nadawcą energii, na której podstawie Jackowski doznaje wizji. Wrogiem jasnowidza są sugestie. Dlatego niechętnie spotyka się z ludźmi, którym pomaga. Informacja, że ich bliski ostatnio bardzo się kogoś bał, może niepotrzebnie zasugerować morderstwo. Dlatego też to żona jasnowidza najczęściej odbiera telefony czy otwiera drzwi. Pyta o potrzebne dane. Prosi o ponowną wizytę za godzinę, dwie. Jackowski potrzebuje tylko kilku informacji: imię i nazwisko zaginionego, wiek, datę zniknięcia oraz nie upraną rzecz, np. sweter. Zamyka się w swoim pokoju - biurze. Podnosi przedmiot do czoła wchłaniając energię pozostałą po właścicielu. Po kilku, kilkunastu minutach ma wizję. Notuje wszystko na kartce. Czasami sporządza mapkę, którą potem nanosi na zwykłą mapę samochodową, aby określić nazwy miejscowości. - Ciężko powiedzieć jak wygląda wizja. Nie jest to film. To odczucie, jakbym odbierał myśli, wrażenia dotykowe czy wizualne osoby poszukiwanej. Porównywalne jest to do uczucia dejavu. 
Najtrafniej kreśli losy zaginionych dzieci. - One są niewinne, nie znają kłamstwa, mają czysty umysł. 
Jackowski zajmował się głośną sprawą kilkuletniej Magdy. Dziewczynka zaginęła w zeszłym roku, w Krakowie. Do jasnowidza zgłosił się ojciec Magdy. Przyniósł fotografię córeczki i ubranie. Jackowski przeprowadził wizję. Ojcu przekazał wstrząsającą wiadomość. Magda nie żyje. Narysował na kartce mapę i zaznaczył miejsce, gdzie znajdują się zwłoki dziewczynki. Dokładnie 27 metrów od krakowskiego Żelaznego Mostu na Wiśle. - "Wersja jasnowidza okazała się prawdziwa. Po dziewięciu dniach w miejscu, które wskazał, ciało Magdy wypłynęło na powierzchnię" - usłyszeli telewidzowie Wizjera TVN, śledzący poszukiwania dziecka. 

- Dla ludzi coś jest oczywiste lub nie. Drwią ze spraw, których nie rozumieją. Boją się ich. Nie dostrzegają, że świat nie zawsze dzieli się na czarne i białe. Ta "szara" strefa to właśnie parapsychologia.

Jeden fakt jest bezdyskusyjny. Policja człuchowska, korzystająca z pomocy jasnowidza, otrzymała w ubiegłym roku nagrodę za największą wykrywalność przestępstw w całym województwie pomorskim. 

Kilka lat temu zgłosił się do Jackowskiego Andrzej K., znany w świecie przestępczym jako "Pershing". Poprosił o odnalezienie skradzionego Mercedesa. Jackowski zlokalizował auto. "Pershing" zaprzyjaźnił się z jasnowidzem. - Lubił przyjeżdżać do Człuchowa. Gdy mnie odwiedzał, chętnie kładł się na kanapie. Nic wtedy nie mówił. Czasami zjadł talerz zupy. Chyba czuł się tu bezpiecznie. Nie pytał się o przyszłość. Mimo to ostrzegłem go przed zamachem na życie, na pół roku naprzód. W wizji widziałem, że w kwietniu, gdy podjedzie pod swój dom w Ożarowie Mazowieckim i będzie wysiadał z samochodu, zza rogu wyjdzie dwóch mężczyzn. Zaczną strzelać. 
Andrzej K. wziął przestrogę do serca. Gdy nadszedł kwiecień, większość spraw związanych z przyjazdem do domu Pershing przekazał swojemu ochroniarzowi. Wizja się sprawdziła. Trzy kule zamiast w "Pershinga" ugodziły w ochroniarza. Wdzięczny mafioso poznał Jackowskiego z Andrzejem Gołotą. Bokser, za każdym razem gdy jest w Polsce, znajduje czas, by go odwiedzić. Jasnowidz przewiduje, jak potoczą się walki, dzięki czemu Gołota może odpowiednio przygotować się do spotkań na ringu. - Początkowo nawet nie wiedziałem, że to taki słynny bokser. Nie interesuję się sportem. Gdy któregoś dnia w Człuchowie obskoczyły go dzieciaki prosząc o autograf, zorientowałem się, z jakiego formatu gwiazdą mam przyjemność się znać. 
O wizjach wykonywanych dla osób z pierwszych stron gazet, Jackowski opowiada bardzo niechętnie. - Ostatni zamach na życie Pershinga też przewidziałem. Nie mogłem jednak wyczuć, jaka to będzie miejscowość. Obstawiałem morze. On też chyba przeczuwał, że tym razem nie wywinie się śmierci. Na krótko przed wyjazdem do Zakopanego odwiedził mnie. Był strasznie zdenerwowany. Spytałem, czy nie mógłby skończyć ze stylem życia jakie prowadzi i przenieść się do innego kraju. Odpowiedział, że dla niego nie ma już odwrotu. 
Kilka dni później "Pershing" został zastrzelony w Zakopanem. Jackowski dostał ochronę policyjną i wyjechał z Człuchowa. - Myślę, że Andrzej nie był do końca złym człowiekiem. Widziałem przemianę, która się w nim dokonała. Zaczął szanować życie. Nie tylko swoje.

Andrzej Miłosz, brat noblisty Czesława Miłosza, także pojawił się w Człuchowie. Splądrowano i ograbiono mieszkanie Miłoszów. Zginęły pamiątki rodzinne i obrazy. Jackowski przedmiotów odnaleźć nie zdołał. Rozeszły się po warszawskich bazarach. Ustalił za to sprawcę. W ramach wdzięczności otrzymał książkę Czesława Miłosza wraz z dedykacją i podziękowaniami od autora. W podobnej sprawie zgłosił się Jerzy Hoffman. - Nie chodzi mi o to, aby firmować się znanym nazwiskiem. Ważne jest, czy udało się pomóc, czy wizja była prawdziwa.




 

  Pigwa
Wraz z jabłkiem i granatem owoc uważany za symbol Afrodyty, bogini seksualnej ekstazy i młodości.
 
     





 O nas          Prawa Autorskie         Reklama w Vipnews.pl         Powiadom nas o wydarzeniu       Oferta promocji dla firm

(c) 2000-2003 by Vipnews.pl Sp. z o.o.